luty 17, 2008 autor Mirmil
Można powiedzieć, żę chyba w złym momencie schyliłem się po mydło, bo teraz czuje że ktoś się do mnie dobiera. Bez wazeliny. heh, w sumie to chyba źle brzmi… jeśli ktoś komuś “wchodzi bez wazeliny” to znaczy że mu schlebia… ja jednak się czuję raczej jak więzienna dziwka. Powody? Zmiany w robocie.
Jakby było mało moich cotygodniowych zmagań z pijaczkami, małoletnimi gangsta, wrednymi dziwkami w drogich samochodach i złodziejaszkami, mój szef postanowił sprzedać interes. Razem z nami.
Niby to nie taka nowina, zanosiło się na to już od dłuższego czasu, ale nie spodziewałem się aż takich zmian. Spotkaliśmy się z nowym szefostwem, powiedzieliśmy sobie cześć, buzi-dupci ha - ha i trzymajcie się ramy… tu jest nowy kontrakt, pracujecie jak teraz, tyle że startujecie od zera. Zero urlopów, zero należnego chorobowego… O właśnie… o urlop poprosiłem gdzieś w styczniu. Na piśmie. Marne 4 dni. Przez 2 tygodnie nie było odpowiedzi, szef (jeszcze stary) był nieuchwytny. Wreszcie tydzień przed wielką datą postanowiłem zadzwonić do niego… Jakiż był zdziwiony! “Urlop? Jaki urlop? Nieee, teraz to w żadnym wypadku, sprzedaję firmę, nic nie słyszałem o twoim podaniu. Pogadaj z nowym właścicielem jak się pojawi.” Tyle że teraz urlop mi się już nie należy. Na dodatek jestem “niezastąpiony” bo pracuję sam, i nie mogą zamknąć sklepu na wszawe 4 noce. To po kiego grzyba ja mam przyznawany ten urlop w ogóle?
Dzisiaj się dowiedziałem że na dodatek będę pracował mniej. Hurra!!!…errr… niezbyt… bo przez to mnie ciachną tygodniowo na ponad 60 $. Teraz gdy mały jest w drodze jest to dużo. Bardzo dużo. Normalnie płakać się chce.
Wczoraj przypadała 3-cia rocznica pogrzebu mojej mamy. Dzisiaj dostałem wiadomość z domu, że na dodatek moja babcia źle się czuje (zamartwiła się zdrowiem swojego młodszego brata, który miał problemy z sercem).
A życie ponoć jest piękne…
Napisane w News | Bez komentarzy
luty 3, 2008 autor Mirmil
Jak wiecie z moją lubą jestesmy przy nadziei. Szczęście to niezmierne, oczywiście kupa strachu… i kłopotów. Oczywiście zdecydowaną większość niewygód musi znosić moja Lisa - brzuszek rośnie, niewygodnie, gorąco,puchną kostki… Ale i mnie się dostaje. Pośrednio…
Jeśli przeżyliście ciążę, wiecie że wszystkie te kawały o zachciankach są znacznie bliżej prawdy niż chcielibyście przyznać - pametam jak o 1-szej w nocy musiałem wsiadać w samochód i objeżdząć nocne sklepy by kupić mleko o smaku czekoladowym, konkretny rodzaj batonika i ściśle określony jogurt… Sprzedawca patrzył an mnie ze zrozumieniem… Albo jak to kiedyś na zakupach zachciało jej się kiełbaski z grilla (czasem stoją przed supermarketem i sprzedają takowe, pieniądze idą na cele charytatywne) - niestety akurat zamknęli nam niemal przed nosem. Plan B - ponoć w pobliżu są jakieś “wyjątkowe” hamburgery które całą sytuację uratują - niestety również (tym razem czasowo) zamknięte… Moja pani więc oznajmia uroczyście, że wytrzyma do jutrzejszego śniadania (a było dopiero około 15-tej), bo na nic innego nie ma ochoty. Nie, nic nie mogę poradzić. Nie, wszystko będzie w porządku, nie martw się Krzysiek. Nie, NAPRAWDĘ nie jest głodna. Absolutnie. Wytrzyma do rana. Godzinę później jednakże zmienia zdanie i znowu musimy lecieć z powrotem do owej knajpki… Ech…
Albo co to jest z tymi wszystkimi książkami ciążowymi? Czy naprawdę kobiety potrzebują do tego podręczników? W domu wala się z piętnaście książek w stylu “Co każda matka wiedzieć powinna” czy też “Jak nie przeczytasz tej książki zamiast dziecka urodzisz kalmara”. Osobiście polecam jedną - “Ciąża jest do dupy - poradnik dla facetów” (mówię serio- “Pregnancy sucks for men”). Wziąłem ją kilka razy do pracy… Ale na wypadek jakby okazała się zbyt straszna, miałem zawsze pod ręką horror S. Kinga na wszelki wypadek. Nic gorszego jak czytać przerażające książki w środku nocy.
Pożyczyliśmy ostatnio niezłą komedię ciążową - “Knocked up” (po polsku to chyba byłoby “Wpadka”), o dziewczynie z ambicjami która zachodzi w ciążę zupełnym przypadkiem (znaczy wiatropylna to ona nie była) śpiąc z przypadkowym gościem poznanym w klubie. Ona - ładna, początek kariery w telewizji, plany na przyszłość; on - luzak wiecznie na trawie, zakłada z kumplami stronę z informacjami w jakim filmie i w której minucie znana aktorka pokazała cycki. Polecam gorąco. Film znaczy.
Napisane w Osobiste | Komentarzy: 2 »
luty 1, 2008 autor Mirmil
I znowu się obijałem, znowu nic nie pisałem… W sumie sam ni wiem czemu, może dlatego że Corinna jak zwykle popsuła mi humor. Moja szwagierka ma niezwykły dar wprowadzania cię w poczucie winy, że jak ty możesz czuć się dobrze skoro ona czuje się źle bo (tutaj wymień jeden z setki powodów)… W ten sposób wmanewrowała mnie w koszenie jej trawnika.. trawnika.. puszczy Białowieskiej chyba! No ale skoro słowo się rzekło…
Dwie godziny ganiania z kosiarką, które wspaniale mi wynagrodziła spędzając resztę dnia na moim kompie grając w WoW. Och, Oczywiście ugotowała nam kolacje… Ale zapomniała podać piły do krojenia kotleta.
Na marginesie ostatnio C. miała “przygodę” - poderwała jakiegoś faceta na portalu randkowym i… złapała opryszczkę genitaliów. niby rzecz wstydliwa, ale ona się tym chwaliła niby raną odniesioną w boju - patrzcie, ile mam lat, a ja jeszcze mogę zaszaleć z niznajomym! I nawet mieć z nim SEX!!!
No ale jednak zawsze to rodzina :/ Cóż zrobić…
Napisane w News | 1 Komentarz »
styczeń 12, 2008 autor Mirmil
Ponoć nie ma rzeczy idealnych… ale dzisiejszy dzień był temu bliski
Na gwiazdkę Lisa wykupiła ma karnet na przelot awionetką nad naszą okolicą i to właśnie dzisiaj był TEN dzień - fakt że mogłem przelecieć się samolotem był świetny, ale prawdziwa niespodzianka czekała na mnie później. Ale po kolei:
Pobudka wcześnie rano (makabryczna godzina 6:45, często o tej porze spać idę…), wyjazd 20 km do Hastings. Pogoda piękna, słońce świeci ale lekki wietrzyk chroni przed upałem… i wreszcie jest, małe lotnisko aeroklubu pełne awionetek (nie jestem specjalistą, ale chyba widziałem polską “Wilgę”), przy jednej z nich czeka na mnie miła dziewczyna gdzieś w moim wieku.
Sam samolocik - maleństwo… wgramolić się do środka trudno i siedząc z łatwością można dotknąć praktycznie wszystkich ścian (może poza tylnym oknem, bo obrócić się ciężko :P). Jakoś się gramolę, zapinam pasy wzięte żywcem ze starego Wardburga i… startujemy. Chwila podskakiwania na pasie startowym i już jesteśmy w powietrzu. Nie powiem, miłe uczucie, podziwiam sosie Hawkes Bay z powietrza…a tu nagle mój pilot mówi ” Chcesz posterować?”
O mało nie spadłem… Chwytam za wolant najdelikatniej jak potrafię…BUMP! samolocik podskoczył do góry… chce skorygować i widzę jak nagle ziemia zasłania mi widok.. Ok.. delikatniej… Skręcamy… i znowu jakieś szalone uczucie że to jest lunapark… tylko czemu tak wysoko, gdzie te sznurki co nas trzymają? Serce podchodzi do gardła… “przecież ja zaraz nas zabiję, spadniemy z tych 300 metrów jak nic, jeden błąd i po mnie…” Ale po chwili się jakoś uspokajam i zaczyna się prawdziwa zabawa! Latam, gadam, pełen serwis, patrzę sobie z góry na mróweczki pode mną i czuję przez te kilka minut że świat należy do mnie!
Potem niestety lądowanie… Ale euforia pozostaje!
Wracamy do domu, wciąż pogoda piękna… po drodze mijamy mały zajazd wśród sadu. A w środku niespodzianka! 18 piw i jabłeczników do wyboru, wszystko własnej produkcji! I można sobie zafundować “kosztowanie” - w mały koszyczek wkładają 6 kufelków i napełniasz je wybranymi trunkami. Wreszcie mogę poznać cała gamę jabłeczników (mówię o piwie jabłkowym a nie o winie marki “Wino”) i naprawdę świetny porter “Black Duck”. Nie mogłem się powstrzymać, kupiłem 1.5 litra na zapas do domu porterka i jednego z lepszych jabcoków (”Granny Pash” - słaby ale przyjemnie kwaśny w smaku, trochę jak papierówki).
Ach, więcej takich dni…
Kila dodatkowych zdjęć jest na moim Flickerze… postaram się tym razem nei zgubić hasła 
Napisane w News | 1 Komentarz »
grudzień 10, 2007 autor Mirmil
W grudniu mija nam właśnie ćwierć wieku od czasu nakręcenia tegoż wspaniałego filmu, mojego ulubionego zresztą. Podobno z tej okazji ma być wydana specjalna wersja filmu (to już by była 5ta, po wstępnej, “producenckiej” i “międzynarodowej” z monologiem Deckarda i reżyserskiej, która wróciła do oryginału). Hmm, coś co bym zapewne chciał na gwiazdkę :>
Australijski magazyn “Empire” poświęcił kilkanaście stron tej rocznicy robiąc m.in. wywiady z Rutgerem Hauerem, Harisonem Fordem no i oczywiście Ridleyem Scottem. Nie będę tutaj przynudzał, ale podrzucę kilka ciekawostek:
- Partia szachów pomiędzy J.F. Sebastianem i Tylerem to “Nieśmiertelna partia” rozegrana oryginalnie w 1851 i chwalona w XIX wieku za unikalny styl. Nieśmiertelności (a przynajmniej dłuższego życia) poszukuje Roy, który pomaga J.F. ta partię wygrać
- Wiele z firmy których loga pojawiły się w filmie straciło wkrótce majątek (m.in. Atari, Bell)
- Końcowe pejzaże zostały doklejone później….i pochodzą z filmy “Lśnienie” Kubricka
No i na koniec nieśmiertelne pytanie: Czy Deckard (H. Ford) był replikantem?
- Deckard śni o jednorożcu, na końcu znajduje jego figurkę zrobioną przez Gaffa (prawdziwego Blade Runnera?) przed swoimi drzwiami. Tyle że przed snem Deckard czytał akta Rachel… może więc śni jej sen a przesłanie jest przeznaczone dla niej?
- W jednej ze scen oczy Deckarda lśnią w identyczny sposób jak oczy Roya czy sztucznej sowy w biurze korporacji. Nikt jednak nie uważa tego zjawiska jako sposób na odróżnienie ludzi od replikantów.
- Deckard ma manię zbierania zdjęć (popatrzcie na jego pianino). Tyle że podobno w oryginalnym skrypcie miał mieć również byłą żonę… więc może to tylko pamiątki.
- Kilka z kwestii Gaffa jest dwuznacznych - “You’ve done a men’s job!” (wykonałeś męską… lub ludzką robotę), czy też końcowe “Szkoda że ona [Rachel] nie będzie żyć… ale kto będzie?”
- Roy zna imię Deckarda… Znał go w przeszłości? Jeśli tak, to czemu nie próbuje go przeciągnąć na swoją stronę?
- Ridley Scott twierdzi że Deckard to replikant. Harrison i scenarzysta utrzymują że jest on człowiekiem (Ford stwierdził że zakłóciłoby to symetrię pomiędzy “nieludzko mordującym człowiekiem - Blade Runnerem - i pragnącym zwyczajnie po ludzku żyć androidem - Royem Batty”)
Ważniejszym jest chyba jednak pytanie czy Roy, ratując w ostatnim momencie morderce swojej ukochanej nie okazuje się być człowiekiem… Bo cóż to tak naprawdę znaczy?
Napisane w News, Osobiste | 1 Komentarz »
grudzień 2, 2007 autor Mirmil
tak, ta o ochronie danych osobowych. Myślałem że tutaj, w Kiwilandii mnie nie dopadnie… a jednak.
Tytułem wstępu: jakiś może roczek temu poznaliśmy Radka - turystę z bratniej nam Republiki Czeskiej. Jakoś się nam się fajnie zakumplowało, ale jego nosiło zwiedzać, a nam u nóg ciążyła praca. Tedy on ruszył w drogę, przez góry rzeki i doliny specjalnie w tym celu zakupioną starą Toyotą - ot, takie coś jak to supernówkinieśmigane co to z Niemiec przyjeżdżają. Gdy kończyła mu się wiza, przyjechał do nas się pożegnać.
-Weźcie moje auto, ze sobą go nie wezmę przecież. Jak sprzedacie to prześlijcie mi kasę, nie pali się.
Ostatnio przyszedł do nas list. Na pierwszy rzut oka - jakaś reklamówka czy coś: na jednej stronie stylizowana tablica rejestracyjna z napisem CLAMPED, na drugiej stronie numer telefony i informacja że mamy zadzwonić w celu zapłacenia kary. Wziąłbym to może za żart, ale list (?) był z Ministerstwa Sprawiedliwości. Dzwonię więc…
-Dzień dobry, ja dostałem od Państwa list, numer sprawy …. I ja..
-Płaci pan kartą? - Przerwała mi beznamiętnym głosem pani
-Umm, eee… ale właściwie za co?
-To pan nie wie? No proszę pana…
-Bo to w zasadzie list do kolegi przyszedł, ja się tylko chciałem dowiedzieć co i jak żeby przekazać, bo kolega wyjechał z kraju…
-O, tego to ja panu powiedzieć nie mogę. ustawa o ochronie danych prywatnych. To jak, płaci pan?
-Ile?
-Tego też panu powiedzieć nie mogę… ustawa o ochronie…
-Znaczy mogę zapłacić, ale nie wiem za co i ile tak?
-No w zasadzie to na to wychodzi. Visa czy Mastercard?
Grzecznie podziękowałem…
Napisane w News | 1 Komentarz »
listopad 21, 2007 autor Mirmil
Na Małej Kiwipedii uaktualnienie - tym razem garść informacji o tych małych pomocach pozwalających nam się rozluźnić… lub zabawić. No to cyk…
Napisane w News | Bez komentarzy
listopad 13, 2007 autor Mirmil
Wczoraj miałem ciekaw nockę - najpier jakaś stara pudernica nawrzeszczała na mnie “bo jestem nieuprzejmy i nie może mnie zrozumieć”. Gdy zapytałem skąd wie że jestem nieuprzejmy skoro mnie nie rozumie (tym razem starając się mówić p o w o l i i DUŻYMI LITERAMI) wzruszyła tylko ramionami “jesteś nieuprzyejmy i już. Bo ja tak mówię.” Kij jej w oko…
Ciekawie natomiast było ciut później - przyszedł do mnie pewien Hindus (dla rozwiania nieporozumień - sądząc po kolorze skóry i akcencie były mieszkaniec Indii lub Pakistanu). Najpierw krecił się wokół jak nastolatek który zbiera się na odwagę by kupic pierwsze prezerwatywy, potem zaczął pytac o pogodę… potem o jednego z moich kolegów… Aż wreszcie wypalił : “Czy znasz taką jedną Hinduską dziewczyne co tutaj często przychodzi?” Trochę mnie zatkało… Mam dziennie (lub raczej nocnie) kilkaset klientów (no może koło setki) i ciężko mi było sobie nagle przypomniec wszystkie dziewczyny które tutaj przychodzą.. Wyciągnął więc zdjęcie… i zaczął opowiadać:
Są różnych wyznań i musza spotykać się potajemnie, jej ojciec zagroził mu jihadem i trwałym kalectwem jeśli się do niej zbliży, musiał przez to wyjechać z Napier do Auckland. mimo to czasem próbuje się z nią skontaktować, więc jakbym ją widział to “Mam powiedzieć Nitu (jej imię) że Ali jest w mieście”
Romeo, Romeo… Czemuż ty jesteś Romeo?
Napisane w News | Bez komentarzy
listopad 10, 2007 autor Mirmil
Postanowiłem dodać specjalną stronę (linek u góry ekranu) z opisem rzeczy i pojęć typowo nowozelandzkich. Na dzień dzisiejszy coś o rugby i stosunkach… nie tylko dobrosąsiedzkich 
Napisane w News | Bez komentarzy
październik 28, 2007 autor Mirmil
Jedną z niewielu przyjemności nocnej pracy z ludźmi jest widok tych wszystkich pięknych wyszykowanych dziewczyn do wzięcia idących nocą na miasto. Trochę mniej piękny jest widok gdy z miasta wracają, z rozmazanym makijażem, zmarznięte czy spocone. Mimo że jestem szczęśliwie zaręczony zdarza mi się uśmiechać z odrobiną rozmarzenia do tych wszystkich pięknych panien…
Och, jak wykazał raport Durexa, kiwi są dość…hmm, swobodnych obyczajów
Statystyczny Nowozelandczyk miał 13.8 partnerów (średnia światowa to 9, Polska - 6), co mieści ten kraj na 3cim miejscu (za Turcją i Australią). Co ciekawsze, to kobiety mają więcej partnerów niż mężczyźni!
Nie uważam się za jakiegoś BradaPita.. ale zdarzyło mi się kilka razy być podrywanym (bez żadnej prowokacji z mojej strony)… w tym raz niestety przez transwestytę… Ale pomijając ten wyjątek potwierdzający regułę, dziewczyny mają dośc śmiałości by podejśc do nieznajomego faceta (np. mnie) i poprosić o telefon (znaczy o mój numer a nie o “wyskakuj z komóry”). Miałem też dwie śmielsze panny - jedna postanowiła dać mi prawdziwy pokaz amatorskiego go-go przed moim okienkiem, ocierając się biustem o szybę i robiąc uwodzicielskie (jej zdaniem) miny, druga natomiast zapytała czy podoba mi się jej koszulka. “Owszem” - odpowiedziałem - “całkiem ładna”. “Założę że teraz spodoba ci się bardziej” - odparła z uśmiechem, stanęła bokiem wypinając swoje piersi.
Pozwolę sobie skończyć tym akcentem na dzisiaj i wrócę w objęcia mojej Brunetki, tej którą zawsze widzę śpiącą, gdy zmęczony nad ranem wracam do domu…
Napisane w Osobiste, Z życia Kiwi | Komentarzy: 9 »