Kanały:
Wpisy
Komentarze

Efekt motyla

Chyba każdy z was słyszał, że gdyby wystarczająco długu grzebać wciągu przyczynowo skutkowym, można udowodnić iż trzepot skrzydeł motyla w Australii może wywołać huragan w USA.  Pokazano to całkiem ciekawie w “Mieście zaginionych dzieci”, gdzie jedna łza potrafiła spowodować katastrofę (próbowałem znaleźć ten fragment na sieci, bez skutku), podobnie zresztą jak tytułowym Butterly Effect. W tym ostatnim główny bohater mając zdolność przenoszenia się w czasie do kluczowych momentów ze swojego dzieciństwa, próbuje naprawić swoje życie. Tyle że jedna drobna zmiana w przeszłości (np. powstrzymanie kolegów przed zrobieniem kawału) wywołuje kolosalne zmiany w teraźniejszości (chłopak wraca do teraźniejszości bez rąk a jego ukochana wybrała innego).

Chyba każdy z nas czuje że miał takie kluczowe momenty w życiu… Sam pamiętam (może to dlatego że Walentynki się zbliżają) jak gdzieś na początku studiów byłem zainteresowany (o ile wiem z wzajemnością) dwiema dziewczynami z tego samego towarzystwa. Na pewnej imprezie gdy wszyscy zaczęli  tańczyć kumpel powiedział mi że to najlepszy czas się zdecydować… więc podszedłem do jednej z nich i zaczęliśmy tańczyć. Był to (mniej więcej) początek jednego ze szczęśliwszych okresów w  moim życiu, zakończony jednym z najgorszych… ale to już inna historia. Kilka lat później dowiedziałem się iż druga z dziewczyn (z którą zresztą straciłem zupełnie kontakt) popełniła samobójstwo (oczywiście bez związku z powyższym) i właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać – a co by było gdybym wybrał inną? Jak bardzo odmiennie potoczyłoby się moje, nasze życie? Czy byłbym teraz tutaj w Nowej Zelandii? Czy miałbym syna? A może córkę?

Ostatnio któś mnie natchnął na podobne rozważania o przeszłości, o tych wszystkich wyborach jakich dokonalismy i wciąż dokonujemy. Ech, jakże wielu  z nich przyjdzie nam żałować… lecz gdybyśmy znali wszystkie konsekwencje naszych czynów, nie wiem czy zdołalibyśmy podjąć jakiekolwiek decyzje.

Z wizytą u posła

Chyba zaczyna się robić trochę szumu koło mojej sprawy – za radą znajomego odwiedziliśmy posła do parlamentu (MP) który wysłuchał naszej sprawy – widać tutaj parlamentarzyści pracują, nie tak jak pewien senator,  którego “obowiązki” (głownie przyjacielska korespondencja na koszt pastwa z lokalnymi oficjelami) poznałem dzięki pewnej niegdyś bliskiej mi osobie. Okazało się że podobna sytuacja zdarzyła się nie tak dawno w Navy, gdzie chłopak został powołany… tylko po to by wracać następnego dnia. Widać z tego że mogło być gorzej.

Ale zdecydowanie mogło być też lepiej.

Melancholijnie

Zapewne wielu z was ma zainstalowaną Picassę – naprawdę świetny i darmowy program do zarządzania obrazkami. Jedną z jego cech jest to, iż sam wyszukuje pliki graficzne na komputerze i wrzuca je do głównej bazy danych.

Dzisiaj z nudów odpaliłem Picassę i zacząłęm przewijać… o mamo, ileż wspomnień się nazbierało, na wpół zapomniane fotografie, jakieś obrazki ściągane Bóg wie kiedy i po co (okazało się że np. mam gdzieś cały folder zdjęć z Pamelą Anderson…), zdjęcia dawnych przyjaciół i znajomych (w tym ludzi których juz nie ma z nami – jak Ktail z TDZK), zdjęcia z Kółka lietrackiego (w tym sławetne picie Żubrówki z gwinta w amfiteatrze :P )… i zdjęcia których zupełnie nie pamiętam gdy były robione, zdjęcia nad którymi warto się zadumać. Ech, normalnie Kaczmarskim zajechało…

Ponieważ po przeglądnięciu niektórych zdjęć chciało mi się również zaśpiewać “Gdzie te wszystkie dziewczęta” zakończę ponownie multimedialnie:

Ok, życie mi dokopało. No ale zamiast kupować ciemny tusz i chwalić się sznytami na nadgarstkach postanowiłem mimo wszystko spojrzeć na to z jaśniejszej strony: najlepszą rzeczą w tym że nie jadę, jest to… że nie jadę. Czyli nie będzie przeprowadzki, długiego rozstania z Lisą i Stefkiem itp. Świat się nie skończył

Na marginesie, może zauważyliście że WRESZCIE zmieniłem obrazek w nagłówku: to kilka widoczków z mojego Napier.

Powrót na start

Dziękuję bardzo za wszystkie słowa otuchy, naprawdę przeżyliśmy ciężkie chwile. Najpierw może wyjaśnię co się naprawdę stało: otóż okazało się że jednym z wymagań jest znajomość czworga ludzi, którzy znają cię przynajmniej 5 lat (i są obywatelami NZ), przeto i ja musiałbym tutaj być przez minimum 5 lat. Problem w tym, iż nikt ponoć o tym wymaganiu nie wiedział… Jest to tak niesamowicie absurdalne, zupełnie jakby zatrudniać kogoś i dopiero tuż przed rozpoczęciem zatrudnienia stwierdzić “nie może pan tu pracować, bo nie ma pan 18 lat”. Dla porównania ta informacja na stronach NZ Navy jest podawana na pierwszej stronie… figuruje również na druku podania o certyfikat bezpieczeństwa (który każdy rekrut musi wypełnić).

Cóż, udało nam się wstrzymać rezygnację z mieszkania i szef się zgodził przyjąc mnie z powrotem… Zupełnie jak w “monopoly”: wracasz na start, nie otrzymujesz 200$, nie spełniasz swoich marzeń.

Żegnajcie marzenia

Właśnie dostałem telefon – pokazuje się że znaleźli przyczynę iż nie mogą mnie przyjąć do Air Force… 9 dni przed terminem przyjęcia, w momencie gdy zacząłem się już pakować, zrezygnowałem z roboty i złożyliśmy wypowiedzenie za mieszkanie.

Nie wiem co teraz zrobię.

Odliczanie

Rozpoczęło się dla mnie wielkie odliczanie: 9/02/09 wyjeżdżam by wstąpić do Królewskich Powietrznych Sił Zbrojnych Nowej Zelandii (RNZAF)! Droga przede mną długa (na szczęście spora część będzie samolotem) i  do domu będzie daleko , na dodatek podobno mamy lecieć przez Christchurch, co dorzuca jakieś 3 godziny w autobusie. Niestety oznacza to czasowe rozstanie z Lisą i Stefkiem, przynajmniej do końca kwietnia :( Co prawda dostanę przepustki na powrót do domu, ale to oczywiście nie to samo (i miejmy nadzieję że będzie inaczej niż w historii o rosyjskim wojaku co to przez Syberię do domu na przepustkę wracał, a zdjęcie nart było dopiero jego trzecią czynnością po powrocie). Potem mamy szansę dostać przydzielone mieszkanie (miejmy nadzieję że pomogą nam również w przeprowadzce) więc będzie lepiej.

Próbuję trochę się przygotować do kursu, zacząłem biegać i trochę ćwiczyć, gdyż każdy rekrut musi zdać egzamin sprawnościowy: dla grupy do 29 lat (cholera, kilka miesięcy później spadłbym do starszej grupy… szlag by) jest to 5 Km marsz z 20 Kg obciążeniem w czasie poniżej 44 minuty (docelowo: poniżej 42) i 30 pompek (docelowo 40, oczywiście bez obciążenia). Może nie wygląda to strasznie, ale dla kogoś jak ja, kto woli spędzać czas przed komputerem zamiast ganiać do siłowni jest to pewne wyzwanie (zwłaszcza pieprzone pompki).

W przeciwieństwie do polskiego poborowego muszę zabrać ze sobą dość sporo rzeczy: od drobiazgów w stylu igła i nici, poprzez żelazko (deskę do prasowania można nabyć na miejscu) po..25 (słownie dwadzieścia pięć!) wieszaków na ubrania. Szczerze, który facet ma 25 wieszaków?

Kurs podstawowy potrwa 10 tygodni, potem (o ile zdam) 1.5 roku treningu zawodowego (elektronik awioniki) i 5cio letni kontrakt zawodowy.

Cholera, strach się bać…

Gangi Nowej Zelandii (1)

Od dłuższego czasu przymierzałem się jakoś by napisać coś więcej o “młodych gniewnych” Kiwilandii, spróbuję więc przelać trochę mojej wiedzy na stronkę:

Gangi w nowej Zelandii są dużo bardziej zorganizowane niż polscy blokersi czy dresiarze, co ciekawsze wile z nich ma wręcz półlegalny status. Nie obawiajcie się jednak, nie ma to żadnej Mafii czy innej Cosa Nostry, w zdecydowanej większości wypadków to ludzie którzy trzymają się w swoim własnym towarzystwie.  Jeśli mieszkasz w ich pobliżu, potrafią być nawet na tyle uprzejmi że przyjdą i ostrzegą np. przed głośną muzyką na planowanej imprezie. Nie oznacza to jednak iż nie sprzedadzą ci kilku lewych sierpowych gdy popiją a ty się nie będziesz zachowywał z szacunkiem (cokolwiek to znaczy – np. nie zaprosisz ich na imieniny swojej babci).

Zasadniczo można podzielić gangi na kilka kategorii: rasowe (Black/White Power), motocyklowe (Hell’s Angels/Tribals) i młodzierzowe (“importowane” Bloods/Crisps).

Największym gangiem jest Mongrel Mob, który wyewoluował z pierwszej kategorii – gangu czysto maoryskiego. Początek ich działalności przypominał trochę afroamerykańskie Czarne Pantery: w teorii mieli walczyć o prawa rodowitych mieszkańców, w praktyce szybko zeszło to na gigantyczne popijawy, prochy i zbiorowe gwałty. Obecnie próbują podreperować swój wizerunek (np. otwarli agencję legalnego zatrudnienia dla ludzi po odsiadce) i próbują się trzymać zdala od produkcji “P” (metaamfetaminy). Cechą charakterystyczną są tatuaże na twarzy (zwlascza u Maorysów) – u starszych może to być zazwyczaj pewna namiastka oryginalnego moko (rutualnego tatuażu wojownika), u młodszych (lub recydiwe) głównie motywy wściekłego psa (lub napisy w stylu MMM – “Mighty Mongrel Mob).

Na trzeżwo ci goście są na ogół dość spokojni, wielu z  moich klientów należy do tego gangu i generalnie mówiąc nie mam z nimy problemu, ale gdy popiją…. lepiej być grzecznym i uprzejmym (choć bez lizusostwa). Trochę gorzej ma się z młodymi członkami (lub kandydatami), którzy często próbują się wykazać pozując na wielkich Macho. Popełnienie jakiegoś spektakularnego przestępstwa (np. włamania z pobiciem) jest cześto warunkiem zostania pełnoprawnym członkiem gangu.

Ponieważ wymagany jest szacunek dla starszych, można zauważyc pewien odpływ małolatów w kierunku mniejszych gangów.

“Śmiertelnym” wrogiem MM jest Black Power które niechętnie widzi w swych szeregach pakeha (europejczyków). Podobnie jak poprzednik miał chronić prawa Maori, skończył szukając zaczepek z przeciwnikami. Jest dużo mniejszy i często jednak agresywniejszy, jego kolorami jest niebieski i czarny (w przeciwieńśtwie do czerwono-czarnego MM). Powiem szczerze że nie miałem za dużo “przyjemności” z tymi panami, choć kilku z nich nazywało mnie pier$%$#@ rasistą bo odmówiłem wpuszczenia ich po północy do sklepu. Przyganiał kocioł…

Co stanowi motto White Power chyba pisać nie muszę… Jak dotąd miałem tylko jeden przypadek spotkania z owymi panami… dość komiczny raczej. Ciekawostką jest fak iż zaówno WP jak i MM używają swastyki (i “Sieg Hail”) choć w innym znaczeniu: dla WP to oczywisty nazistowski symbol, dla MM raczej protest przeciw “bezwzględnemu rządowi” (dlatego salutują często do “Sieg Fucking Hail” w kierunku policji).

O gangach motocyklowych pisać wiele nie będę, chyba każdy słyszał o Hells Angels które na marginesie właśnie w Nowej Zelandii utworzyły pierwszy zagraniczny “rozdział”.

Ciekawą podgrupą (lub raczej subkulturą) są Boy Racers – chłopcy którzy lubią modyfikować swoje (z reguły 20-30 letnie) pojazdy i ścigać się nimi w środku miasta. Aby z nimi walczyć często wprowadza się “nieoficjalne” zakazy wjazdu dla samochodów osobowych do stref przemysłowych miast w godzinach nocnych – w praktyce liczcie się z ewentualną kontrolą :)

Zlot rodzinny

W niedzielę urzadzamy chrzciny naszego Stefka, więc Lisa się postarała przyciągnąć na tą imprezę jak najwięcej rodziny, w tym swojego brata Nijela. W sumie to jeszcze nie miałem okazji poznać nikogo z męskiej części jej krewniaków (nie licząc jednego klepniętego kuzyna) więc jakiś aki niepokój we mnie narastał. Miałem w zasadzie trzy powody do niepokoju:

  1. Nijel to duży i silny facet, niech no się mu nie spodoba coś co zrobiłem jego “malutkiej siostrzytrzce”…
  2. Nijel to pierwszy facet jakiego z nam z legalnym pozwoleniem na broń (patrz punkt 1)
  3. Wkrótce będę mu salutował, bo jest on sierżantem w RNZAF…

Oczywiście wszsytko to okazało się bezpodstawne (jak na razie przynajmniej). Zobaczymy an chrzcinach, po paru piwkach różne rzeczy dziać się mogą…

Z wiadomości mniej przyjemnych: dowiedziałem się że mój kolea z dzieciństwa miał poważny wypadek na motorze i jest sparaliżowany. Nie miałem z nim co prawda kontaku od lat, ale smutno mi jakoś… Gdy wspomne te wszystkie razem spędzone wakacje, odrapane kolana, podrywanie tych samych dziewczyn… ech, łza się w oku kręci. Mam szczerą nadzieję że z tego wyjdzie.

Na Nowy Rok

Ojoj… znowu blog mi chwastami zarósł jak to Wojtas zauważył. Jednakże po prostu nie mogłem się jakoś w sobie zebrać, przekładanie na później itp… Niech pierwszy rzuci kamieniem kto tak nie robi… Ok, w tym momencie powinienem być szczęśliwy że niejaki Ashun, koleś z Indii z którym chwilowo pracuję nie zna polskiego: facet ma 21 lat, wykonuje 3 prace i studiuje. Śpi średnio 4 godziny na dobę, nie pije, nie pali, dziewczyn nie podrywa (chłopców też nie). Gdy był u mnie na treningu zupełnie poważnie zapytał czy nie zwolnią go jeśli usiądzie na chwilę i zje kanapkę.

Ale trochę odbiegając od tematu, Nowy Rok to świetny moment by podsumować rok ubiegły (z reguły zaraz po złożeniu posylwestrowej przysięgi “ja już k*wa nigdy pic nie będę… moja głowa”):

Z cała pewnością był to dla mnie rok udany: urodził mi się syn (właśnie siedzi za mną w swoim wysokim krzesełku i wali łyżeczką w moją starą klawiaturę), to chyba najlepsze co mi się mogło przydarzyć – powtarzam to sobie jak mantrę za każdym razem gdy wyrywa mnie z łóżka o 4tej rano.

Udało mi się też legalnie przedłużyć mój pobyt w Kiwilandii na czas nieokreślony,  jednocześnie zamykając moje kontakty z Urzędem Imigracyjnym (bez żalu z mojej strony). Teraz mogę więc korzystać z niemal wszystkich praw jakim cieszy się prawdziwy Kiwi – jak głosować czy starać się o zasiłek dla bezrobotnych (w przeliczeniu jakieś 400 PLN na tydzień).

Co jeszcze… ach tak, idę do woja. Lub raczej powinienem napisać OBożeoBożeoBożeJaPierdolę idę do wojska (jako elektronik awioniki a nie np. tarcza strzelecka).

W każdym bądź razie, chiałbym wam wsystkim życzyć Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

« Nowsze Posty - Starsze wpisy »