Ostatnio prześladuje mnie ten właśnie utwór – w sumie nigdy nie byłem wielkim fanem Boba Dylana, ale po usłyszeniu tej piosenki na początku “Watchmenów” coś we mnie kliknęło i nie mogę przestać jej słuchać. Prawdopodobnie przypomina mi o tych wszystkich zmianach które się wokół mnie dokonały w ostatnich latach…
Ostatnio stuknęła mi 30tka. Nie świętowałam specjalnie, ot kolejny dzień w kalendarzu, uczczony wieczorem lampką wina z Lisą (i specjalnie kupioną butelką piwa “Holy GrAle” (tak, jest w stylu Monty Pythona, podobnie jak “Black Wytch” – palone na ognie płonących czarownic). W sumie ważniejsze dla mnie są teraz urodziny Stefka.
Muszę niedługo jechać zmienić paszport – papierek traci ważność z początkiem grudnia – tak, to już 10 lat odkąd z Dorotą szmuglowałem rum przez czeską granicę. Problem w tym, że muszę się pofatygować do Wellington osobiście, bo potrzeba zdjąć odciski palców – w przypadku ambasad innych krajów (pytałem gości z RPA) wystarczy przesłać dane z posterunku policji. Na dodatek wygląda na to, że nasz nowy konsul nie ma pojęcia jak się za to zabrać, bo ciągle przekłada datę mojego przyjazdu. Na marginesie, jak będę mieć szczęście to może uda mi się załapać na wyjazd służbowy do stolicy – przynajmniej zaoszczędziłbym na benzynie.
Skoro już o pracy mowa - mam ostatnio mieszane uczucia. Robota jest generalnie w porządku… o ile jest. Zepsute UPSy nie przychodzą codziennie, a nawet jeśli to i tak często jest dość długa (w skrajnych przypadkach nawet kilkumiesięczna) przerwa pomiędzy diagnozą a naprawą. Na sali jest nas czterech… Ja jedyny bez stałego kontraktu (wciąż pracuję przez agencję pracy tymczasowej)… Strach się bać trochę… Zwłaszcza że Lisa na skutek jakiś machinacji prawnych straci swoją regularną rentę (w sumie można tak to nazwać ponieważ “odszkodowanie” jest jednorazowe) z końcem października. Wciąż myślę o NZ RAF ale tam nie mogę składać podania przed listopadem 2010…