Zima to u mnie zawsze czas przeziębienia. Zawsze, odkąd pamiętam spędzałem zimowe miesiące kaszląc i smarkając. Tutaj w sumie niewiele się zmieniło: przylazła paskudna pogoda, nawet w domu zimno i wilgotno więc coś załapałem. Z obawy o świńską grypę poszedłem nawet do lekarza, ale ten ppatrzył na mnie jak na hipochondryka, przepisał panadol i wysłał w cholerę (zgarnąwszy wcześniej 35 NZ$).
W sumie nie jest źle, ale nos mnie już boli od wycierania papierowym ręcznikiem. Dlaczego nie chusteczką? Bo najczęściej mam taki wodotok że paczka chusteczek starca mi na kwadrans, a w pracy mam dostęp do nielimitowanej liczby ręczniczków.
W sumie to praca jest pośrednio przyczyną mojej choroby: siedzę bowiem w zasadzie w wielkim magazynie bez ogrzewania. A ewentualne grzejniki są używane przez kolegów do ”testowania” obciążenia UPS… ech, ja też chce potestować. Z drugiej jednak strony dbają o nasze zdrowie: zaciąłem się w palec-i musiałem od razu lecieć wypełniać protokół wypadku. Urządzono nam też kurs pierwszej pomocy oraz… obsługi defibrylatora. Tak, defibrylatora, urządzenia do przywracania akcji serca. Stoi sobie obok apteczki, podobnych zresztą rozmiarów, w pełni zautomatyzowane, nawet wydaje głośne polecenia. Wiem bo kiedyś z ciekawości otwarłem a potem się dziwiłem czemu połowa biura przyleciała zobaczyć kto się drze “Zdejmij ubranie i obnaż klatkę piersiową”
poprosze o nowe wpisy!