W niedzielę musiałem pożegnać jednego z najlepszych przyjaciół jakich miałem – mojego kota Toffee. Wciąż ciężko mi o tym pisać, straciłem już w życiu kilka zwierzaków, ale śmierć mojego kociaka dotknęła mnie szczególnie.
W sobotę po południu nasz ośmiomiesięczny maluch doczłapał jakoś do drzwi wejściowych krwawiąc z pyszczka. Lisa wzięła go natychmiast do weterynarza, który potwierdził złamanie szczęki, prawdopodobnie na skutek potrącenia przez samochód… Tyle że ja mam co do tego wątpliwości – kot potrącony to kot martwy, koniec historii. Tymczasem nie było żadnych innych obrażeń, żadnych sińców, ran… tylko złamana dolna szczęka. Zupełnie jakby ktoś go mocno kopnął.
Weterynarz zgodził się jednakże podjąć leczenia… za drobną opłatą - 800 NZ$, mniej więcej moja dwutygodniowa pensja. Ech… zacisnęliśmy zęby i się zgodziliśmy, jakoś można przeżyć na spagetti z puszek. Jednakże dzień później zadzwonił mówiąc, iż złamanie jest znacznie poważniejsze niż wyglądało i tylko specjalista z Auckland potrafiłby złożyć to do kupy, a i tak Toffee by prawdopodobnie cierpiał przez resztę życia. Och, no i koszt się zmienił: 2-3 tysiące.
Nie było więc wyjścia, musieliśmy się zgodzić na uśpienie… Corinna jako ostatnia odwiedziła naszego kota w szpitalu, podobno mimo obrażeń wciąż mruczał i próbował się łasić… 
Czuję się naprawdę podle – wiem że zrobiłem dla niego wszystko co mogłem, ale mimo wszystko świadomość że to ja ostatecznie musiałem zadecydować o jego śmierci nie jest przyjemna. Lisa płakała przez kilka dni, Stefek chyba też coś wyczuł, Toffee uwielbiał się z nim bawić (pozwalając mu robić ze sobą wszystko).

;(