Można powiedzieć, żę chyba w złym momencie schyliłem się po mydło, bo teraz czuje że ktoś się do mnie dobiera. Bez wazeliny. heh, w sumie to chyba źle brzmi… jeśli ktoś komuś “wchodzi bez wazeliny” to znaczy że mu schlebia… ja jednak się czuję raczej jak więzienna dziwka. Powody? Zmiany w robocie.
Jakby było mało moich cotygodniowych zmagań z pijaczkami, małoletnimi gangsta, wrednymi dziwkami w drogich samochodach i złodziejaszkami, mój szef postanowił sprzedać interes. Razem z nami.
Niby to nie taka nowina, zanosiło się na to już od dłuższego czasu, ale nie spodziewałem się aż takich zmian. Spotkaliśmy się z nowym szefostwem, powiedzieliśmy sobie cześć, buzi-dupci ha - ha i trzymajcie się ramy… tu jest nowy kontrakt, pracujecie jak teraz, tyle że startujecie od zera. Zero urlopów, zero należnego chorobowego… O właśnie… o urlop poprosiłem gdzieś w styczniu. Na piśmie. Marne 4 dni. Przez 2 tygodnie nie było odpowiedzi, szef (jeszcze stary) był nieuchwytny. Wreszcie tydzień przed wielką datą postanowiłem zadzwonić do niego… Jakiż był zdziwiony! “Urlop? Jaki urlop? Nieee, teraz to w żadnym wypadku, sprzedaję firmę, nic nie słyszałem o twoim podaniu. Pogadaj z nowym właścicielem jak się pojawi.” Tyle że teraz urlop mi się już nie należy. Na dodatek jestem “niezastąpiony” bo pracuję sam, i nie mogą zamknąć sklepu na wszawe 4 noce. To po kiego grzyba ja mam przyznawany ten urlop w ogóle?
Dzisiaj się dowiedziałem że na dodatek będę pracował mniej. Hurra!!!…errr… niezbyt… bo przez to mnie ciachną tygodniowo na ponad 60 $. Teraz gdy mały jest w drodze jest to dużo. Bardzo dużo. Normalnie płakać się chce.
Wczoraj przypadała 3-cia rocznica pogrzebu mojej mamy. Dzisiaj dostałem wiadomość z domu, że na dodatek moja babcia źle się czuje (zamartwiła się zdrowiem swojego młodszego brata, który miał problemy z sercem).
A życie ponoć jest piękne…