Zima to u mnie zawsze czas przeziębienia. Zawsze, odkąd pamiętam spędzałem zimowe miesiące kaszląc i smarkając. Tutaj w sumie niewiele się zmieniło: przylazła paskudna pogoda, nawet w domu zimno i wilgotno więc coś załapałem. Z obawy o świńską grypę poszedłem nawet do lekarza, ale ten ppatrzył na mnie jak na hipochondryka, przepisał panadol i wysłał w cholerę (zgarnąwszy wcześniej 35 NZ$).
W sumie nie jest źle, ale nos mnie już boli od wycierania papierowym ręcznikiem. Dlaczego nie chusteczką? Bo najczęściej mam taki wodotok że paczka chusteczek starca mi na kwadrans, a w pracy mam dostęp do nielimitowanej liczby ręczniczków.
W sumie to praca jest pośrednio przyczyną mojej choroby: siedzę bowiem w zasadzie w wielkim magazynie bez ogrzewania. A ewentualne grzejniki są używane przez kolegów do ”testowania” obciążenia UPS… ech, ja też chce potestować. Z drugiej jednak strony dbają o nasze zdrowie: zaciąłem się w palec-i musiałem od razu lecieć wypełniać protokół wypadku. Urządzono nam też kurs pierwszej pomocy oraz… obsługi defibrylatora. Tak, defibrylatora, urządzenia do przywracania akcji serca. Stoi sobie obok apteczki, podobnych zresztą rozmiarów, w pełni zautomatyzowane, nawet wydaje głośne polecenia. Wiem bo kiedyś z ciekawości otwarłem a potem się dziwiłem czemu połowa biura przyleciała zobaczyć kto się drze “Zdejmij ubranie i obnaż klatkę piersiową”
Znowu zaniedbałem bloga, ale postaram się choć trochę nadrobić:
Największą wiadomością z pewnością będzie fakt, iż WRESZCIE znalazłem nową pracę w firmie zwanej ABB zajmującej się szeroko pojętą elektroniką energetyczną – od różnorakich konwerterów po UPSy, którymi się właśnie zajmuję jako serwisant. Praca nie jest może szczytem moich ambicji, ale to zdecydowanie krok w dobrym kierunku, na dodatek można zdobyć dość interesujące kwalifikacje. Jest też oczywiście trochę niebezpieczna – jak dotąd nigdy nie pracowałem na urządzeniu w którym prąd przekraczał powiedzmy 100 mA, teraz mówimy o dziesiątkach (a czasem nawet setkach) amperów… Ciut straszno. Jak dotąd widziałem eksplozję dwóch tyrystorów które nie wytrzymały skoku prądu przy przełączaniu (podobno w stanie nieustalonym w wadliwym urządzeniu może przez ok. 10 ms płynąć przez nie 600 A).
Sama naprawa bywa często dość prosta, bowiem nie wymienia się z reguły uszkodzonych elementów na płytce lecz całą płytę, ponieważ:
mogło nastąpić osłabienie innych elementów które w niedalekiej przyszłości się zepsują
klient musi zapłacić więcej więc my więcej zarabiamy
Wbrew pozorom dużo jest tez biurokracji, ponieważ nim przystąpimy do czegokolwiek trzeba poinformować klienta że bierzemy minimum 95 $ za “zerknięcie”, potem po oszacowaniu kosztów trzeba ponownie czekać na jego zgodę – oba kroki bywają bardzo kłopotliwe gdy klientem jest duża firma np. szpital. Dośc powiedzieć, że niektóre UPSy leża na półce od ponad pół roku.
AAAA, i najważniejsze: wreszcie mam w pracy laptopa – wrescie mogę produktywnie przeglądać sieć i jeszcze mi będą za to płacić!
W niedzielę musiałem pożegnać jednego z najlepszych przyjaciół jakich miałem – mojego kota Toffee. Wciąż ciężko mi o tym pisać, straciłem już w życiu kilka zwierzaków, ale śmierć mojego kociaka dotknęła mnie szczególnie.
W sobotę po południu nasz ośmiomiesięczny maluch doczłapał jakoś do drzwi wejściowych krwawiąc z pyszczka. Lisa wzięła go natychmiast do weterynarza, który potwierdził złamanie szczęki, prawdopodobnie na skutek potrącenia przez samochód… Tyle że ja mam co do tego wątpliwości – kot potrącony to kot martwy, koniec historii. Tymczasem nie było żadnych innych obrażeń, żadnych sińców, ran… tylko złamana dolna szczęka. Zupełnie jakby ktoś go mocno kopnął.
Weterynarz zgodził się jednakże podjąć leczenia… za drobną opłatą - 800 NZ$, mniej więcej moja dwutygodniowa pensja. Ech… zacisnęliśmy zęby i się zgodziliśmy, jakoś można przeżyć na spagetti z puszek. Jednakże dzień później zadzwonił mówiąc, iż złamanie jest znacznie poważniejsze niż wyglądało i tylko specjalista z Auckland potrafiłby złożyć to do kupy, a i tak Toffee by prawdopodobnie cierpiał przez resztę życia. Och, no i koszt się zmienił: 2-3 tysiące.
Nie było więc wyjścia, musieliśmy się zgodzić na uśpienie… Corinna jako ostatnia odwiedziła naszego kota w szpitalu, podobno mimo obrażeń wciąż mruczał i próbował się łasić…
Czuję się naprawdę podle – wiem że zrobiłem dla niego wszystko co mogłem, ale mimo wszystko świadomość że to ja ostatecznie musiałem zadecydować o jego śmierci nie jest przyjemna. Lisa płakała przez kilka dni, Stefek chyba też coś wyczuł, Toffee uwielbiał się z nim bawić (pozwalając mu robić ze sobą wszystko).
Może żeby było prościej i krócej napiszę w podpunktach:
+ Kupujemy nowe łózko (nawet nie pytajcie za ile…). Trzeba będzie wypróbować materac :> ;
+ Stefan robi postępy w chodzeniu;
+ Wreszczie w bibliotece mają (i to zarezerwowany dla mnie!) cały cykl Hobbsa o skrytobójcy (”Assasin’s apprentice” “Assasin Quest”, “Royal Assasin”)
+ Znowu się ociepliło (choć nie ma upału) – widmo wczesnej zimy oddalone.
- Mój szef to kutas: obciął mi zmianę o 15 minut bo stwierdził że przez ostani kwadrans i tak się opierdalam (i niech rzuci mi kamieniem ktoś kto tak nie robi);
- Nie mogę znaleźć dobrego kursu IT: dobre i zwięzłe są nierefundowane, ogólnodostępne są z przydługim wstępem (np. kurs “webmasterski” w którym przez pierwsze 3 miesiące uczysz się obsługi Worda) a kursy zaawansowane wymagałyby ode mnie walidacji dyplomu (jakieś 450 $ za durny świstek papieru);
- Stefan zamienia się w chodzący huragan zniszczenia;
- Skończyłem wszystkie gierki… a WoW mnie znudził (no i nie ma jak grać gdy mały ciągle wymaga uwagi).
Dzisiaj będzie kilka słów o jedzonku dla leniwych, czyli o papu na wynos.
Kiwi są z natury leniwymi kucharzami, więc wszelkiego rodzaju żarciodajnie są dość powszechne. Tanie, na ogół dość smaczne i… cholernie niezedrowe. Jeśli jednak czujecie się wypruci po robocie, napruci po kilku piwkach lub zwyczajnie leniwi – oto kilka opcji dla was.
Fish and chips czyli ryba z frytkami, zdecydowanie najpopularniejsze jadełko, nawet w największej dziurze znajdzie się przynajmniej jedna buda sprzedająca smażoną rybkę. Gorąco polecam przynajmniej spróbować, ponieważ ryby w Nowej Zelandii sa naprawdę przepyszne, choc jakość tych w ofercie na wynos bywa różna – dobrą radą jest po prostu obserwować ilu klientów ma dany punkt.
Dobra rada: ponieważ rybki są po prostu wrzucane na głęboki tłuszcz, aby pozbyć się jego nadmiaru zdejmij skórkę (z ryby oczywiście).
Koszt: jakieś 5$ za porcję (z frytkami)
Pizza – kochana przez wielu, swietna przy piwku, sesji WoWa czy meczu w TV. O ile nie chcecie kupować mrożonki z supermarketu macie kilka innych opcji:
Dominos Pizza – tanie i dośc przyzwoite, w lokalnych gazetkach reklamowych (lub na odrwocie rachunku z zsupermarketu) można często znaleźć kupony zniżkowe.
Pizza Hut – nic dodać, nic ująć, ta sama sieć co w Polsce. Tutaj raczej średnio popularna.
Hell’s pizza – produkt nowozelandzki, gorąco polecam – niesamowity klimat (pizze nazywają się np. Pożądanie czy Gniew), często unikatowe promocje (np. w każdy piątek 13-go po wypowiedzeniu tajnego hasła). Możecie nawet sprzedać własną duszę za dużą z grzybami (czy co tam wolicie). Wady? Trochę droższa od pozostałych.
Koszt: 6-15 $
Burgery – Kotlet w bułce przywędrował także i tutaj zaspokajając głód i wypełniając portki niezliczonych Kiwi. Wszystkie większe światowe sieci są szeroko dostępne: McDonald, Burger King, KFC gwarantując porcję chłamu która smakuje jednakowo na całym świecie (na marginesie: McDonald robi całiem niezłe śnadania). Z produktów bardziej lokalnych warto polecić Burger Wisconsin i Burgerfuel.
Koszt: Od 2$ za prostego hamburgera do ponad 15 za giganta któego ciężko utrzymać. Big Mac combo to jakieś 7$
Pie – coś na kształt dużego pierogu z mięsem (choć definicja “mięsa” jest dośc luźna). W środku znajduje się najczęściej mielonka z serem (czytaj: losowe mięso zmielone z sosem serowopodobnym). Dostępne na każdej stacji benzynowej i większosći sklepów sprzedających żarcie, gdzie najczęściej leżakowało w podgrzewaczu prez ostatnie 8 godzin. Niezastapiony zapychacz gdy dopadnie cię głód po kilku głębszych a droga do domu daleka.
Jeśli zamierzacie się wybierać do Kiwilandii, jedną z podstawowych rzeczy jakie wiedzieć musicie jest tzw. Biosecurity czyli ochrona biologiczna. Ponieważ Nowa Zelandia jest wyspą i to dość odległą od innych lądów, jej ekosystem jest unikalny i przez to bardzo wrażliwy na zakłócenia. Ot weźmy na przykład fakt iż brak tu dużych drapieżników sprawił że dzikie psy i koty masakrowały rodzime gatunki, które do tej pory nie musiały się niczego obawiać.
W sferze mikrobiologii mogłoby być jeszcze gorzej – przywleczony przypadkiem pasażer na gapę – jakiś robak czy bakteria – który normalnie nie jest zbyt groźny mógłby rozpanoszyć się powodując niesamowite straty. Dlatego też przy wjeździe do kraju będziecie sprawdzani pod tym kątem. Co to oznacza w praktyce?
Przede wszystkim nie przywoźcie żadnego jedzenia, które nie zostało przetworzone: żadnych owoców, kiełbas, miodu czy konfitur. Wytrzyjcie buty i wszystko inne co miało kontakt z ziemią (np. namiot). I chyba najważniejsze: niczego żywego! Żadnych roślin (nawet sadzonki ulubionej paprotki cioci Lusi), żadnych zwierząt – o ile nie chcecie się liczyć z kwarantanną.
Nie próbujcie tez niczego podobnego przemycać – specjalnie szkolone pieski wyczują was na kilometr a kara za przywóz kawałka “Krakowskiej” może was pozbawić funduszy na pobyt (o ile was w ogóle wpuszczą).
EDIT: Ok, moja wina, nie pomyślałem że obrazki znikną z sieci… Powinienem je wrzucić na własny serwer
Od ponad tygodnia fala upałów w sąsiedniej Australii (ponad 45 stopni) wywołała serię pożarów buszu. Co gorsza, podobno największy z pożarów, który pochłonął około 300 ofiar a tysiące pozostawił bez dachu nad głową został wywołany przez podpalacza.
Pożar w poblizu Beechwood, Victoria
Strażacy walczący z pożarem w Chum Creek
Pożar potrafi rozprzestrzeniać się tak szybko, iż niektórzy zostali spaleni żywcem podczas prób ucieczki
W tej cięząrówce w pobliżu Flowerdale znaleziono matkę z dwojgiem dzieci
Straty materialne są ogromne. Niektóre miasteczka przestały istnieć
Pozostałość po miasteczku Kingslake
Nawet potężne budowle nie oparły się żywiołowi
Pozostałości kościoła św. Andrzeja w Kinglake
Ucierpiały również zwierząta – jeden ze strażaków opowiadał o owcach, które wciaż próbowały biec płonąc
Jedna z wielu czworonożnych ofiar pożaru
Niektóre z dzikich zwierząt były tak zdesperowane, że szukały pomocy u ludzi
Koala (nazwany później Sam) znaleziony w spalonym lesie w pobliżu Mirboo north
Chyba każdy z was słyszał, że gdyby wystarczająco długu grzebać wciągu przyczynowo skutkowym, można udowodnić iż trzepot skrzydeł motyla w Australii może wywołać huragan w USA. Pokazano to całkiem ciekawie w “Mieście zaginionych dzieci”, gdzie jedna łza potrafiła spowodować katastrofę (próbowałem znaleźć ten fragment na sieci, bez skutku), podobnie zresztą jak tytułowym Butterly Effect. W tym ostatnim główny bohater mając zdolność przenoszenia się w czasie do kluczowych momentów ze swojego dzieciństwa, próbuje naprawić swoje życie. Tyle że jedna drobna zmiana w przeszłości (np. powstrzymanie kolegów przed zrobieniem kawału) wywołuje kolosalne zmiany w teraźniejszości (chłopak wraca do teraźniejszości bez rąk a jego ukochana wybrała innego).
Chyba każdy z nas czuje że miał takie kluczowe momenty w życiu… Sam pamiętam (może to dlatego że Walentynki się zbliżają) jak gdzieś na początku studiów byłem zainteresowany (o ile wiem z wzajemnością) dwiema dziewczynami z tego samego towarzystwa. Na pewnej imprezie gdy wszyscy zaczęli tańczyć kumpel powiedział mi że to najlepszy czas się zdecydować… więc podszedłem do jednej z nich i zaczęliśmy tańczyć. Był to (mniej więcej) początek jednego ze szczęśliwszych okresów w moim życiu, zakończony jednym z najgorszych… ale to już inna historia. Kilka lat później dowiedziałem się iż druga z dziewczyn (z którą zresztą straciłem zupełnie kontakt) popełniła samobójstwo (oczywiście bez związku z powyższym) i właśnie wtedy zacząłem się zastanawiać – a co by było gdybym wybrał inną? Jak bardzo odmiennie potoczyłoby się moje, nasze życie? Czy byłbym teraz tutaj w Nowej Zelandii? Czy miałbym syna? A może córkę?
Ostatnio któś mnie natchnął na podobne rozważania o przeszłości, o tych wszystkich wyborach jakich dokonalismy i wciąż dokonujemy. Ech, jakże wielu z nich przyjdzie nam żałować… lecz gdybyśmy znali wszystkie konsekwencje naszych czynów, nie wiem czy zdołalibyśmy podjąć jakiekolwiek decyzje.
Chyba zaczyna się robić trochę szumu koło mojej sprawy – za radą znajomego odwiedziliśmy posła do parlamentu (MP) który wysłuchał naszej sprawy – widać tutaj parlamentarzyści pracują, nie tak jak pewien senator, którego “obowiązki” (głownie przyjacielska korespondencja na koszt pastwa z lokalnymi oficjelami) poznałem dzięki pewnej niegdyś bliskiej mi osobie. Okazało się że podobna sytuacja zdarzyła się nie tak dawno w Navy, gdzie chłopak został powołany… tylko po to by wracać następnego dnia. Widać z tego że mogło być gorzej.