Feed on
Wpisy
Komentarze

Wreszcie!

Dzisiaj wreszcie przyszedł oczekiwany od Sierpnia list - otrzymałem status rezydenta Nowej Zelandii, co oznacza iż mam niemal te same prawa co obywatel (np. poza prawami wyborczymi). Teraz tylko skombinować kolejne 300NZ$ żeby wykupić stosowną naklejkę w paszporcie.

Wiem że powinienem czuc euforię, ale jakoś podchodzę do tego chłodno… Może jeszcze to do mnie nie dotarło?

I tylko jeża…

Dyskusja o zastosowaniu jeży w celach zaczepno-obronnych znalazła ostatnio miejsce w sądzie: Pewien “zmęczony” obywatel mianowicie użył owego sympatycznego iglaka jako broni miotanej rzucając nim w kierunku nastolatka (podobno zapytał się go najpierw czy chce mieć kolczasty hełm). Trafiony odniósł niewielkie obrażenia, a sprawca znalazł się w sądzie oskarżony o napaść z użyciem broni (jeża). Po burzliwej dyskusji ostatecznie jednak zmieniono zarzut na zwykła napaść i cała sprawa skończyła się na grzywnie. Samego jeża o zdanie nikt nie pytał, zresztą oficjalnie uznany jest za zaginionego (gdyby jednak był bronią, zapewne sprawa jego zaginięcia byłaby znacznie bardziej nagłośniona - “Niebezpieczna broń na wolności!”).

Wczoraj znalazłem jednego iglastego przybłedę na moim podjeździe. Po głębokim namyśłe porzyciłem jednakże myśl by go zatrzymać w celach obronnych.

Po 5ciu tygodniach…

Znowu się  obijałem z wpisami przez ponad miesiąc. Na usprawiedliwienie powiem, że po prostu nie mam siły - Stefek potrafi zająć każdą wolną chwilę. Cholera, nawet nie mam czasu pograć w WoWa… Ale chłopak rośnie zdrowo - już możemy zacząć planować mu przyszłą karierę - sądząc po sile uścisku z całą pewnością może znaleźć pracę na stanowisku powiedzmy komornika. Sądząc po sile głosu - Opera w Sydney powinna już szykować dla niego miejsce. Gdyby natomiast wykazywał zainteresowania okultystyczne, z całą pewnością może zajmować się budzeniem zmarłych. Krzykiem.

Jestem tatą!

Z prawdziwą przyjemnością informuję że w piątek tuż po północy urodził nam się synek - Stefan Marcin. Zarówno on jak i mama czują się dobrze, choć są wyczerpani ciężkim porodem - siedzieliśmy w szpitalu przez ponad 36 godzin. Indukcja porodu się nie udała ze względu na pozycję, więc po wielu godzinach bólu (epidural nie zadziałał, gaz był w użyciu ale to tylko łagodny środek przeciwbólowy) Lisa musiała się poddać cesarskiemu cięciu.

Jak na razie obydwoje przebywają jeszcze w szpitalu (ja bywam tam jak najczęściej, choć spanie na szpitalnej podłodze daje mi się we znaki), w domu pojawią się zapewne koło wtorku. Przechodzę właśnie intensywny kurs przewijania, karmienia (maluch musi dostawać czasowo dokładkę z butelki bo ma niski poziom cukru) i generalnej obsługi. Zdjęcia wrzucę jak tylko przyniosę z powrotem aparat.

Jak na złość popsuł mi się włąśnie aparat…

Odliczanie

Dziś jest wtorek 29ty kwietnia. Jutro o 7:30 idziemy do szpitala, gdy wrócimy będzie nas o jednego więcej.

Uczymy się rodzić

Ponoć rodzenie to najnaturalniejsza rzecz na świecie. To powiedzcie mi dlaczego jak idiota biegam od jednej poradni dla rodziców do drugiej? O karmieniu wiem już więcej niż chciałem, wiem czym się różni epidural od gazu (gazu sam spróbowałem - działa…zabawnie :P ) czy Penta…umm… zapomniałem. No i lekcje są prowadzone w stylu przypominającym skrzyżowanie spotkania AA (”Witam, na imię mam… i jestem w ciąży”) z Domowym Przedszkolem (”to teraz wylosujemy sobie pary i poopowiadamy sobie o zeszłym tygodniu”)

Tragikomedia normalnie… Fakt faktem, że jednak jakieś wiadomości się w tym wszystkim przekazuje. Czasem więcej niż chciałbyś wiedzieć: np fakt iż twoja sperma może wywołać poród może być miła informacją dla partnerki („no, bierz się stary do roboty!”), fakt iż lepiej się wchłania przez żołądek już niespecjalnie (no wiem, wiem…zależy od upodobań).

W domu oczywiście panika i szał zakupów dla malucha – bo koniecznie musimy mieć 1000 par skarpetek, koszulek, becików itd i np. Karmienie piersią jest ABSOLUTNIE niemożliwe bez specjalnej poduszki i bujanego fotela. Normalnie lepiej oddać malucha od razu do adopcji…

I jeszcze książki. Tony. Przeglądarka już tonie w zakładkach opisujących każde możliwe powikłanie ciążowe. A potem każdy katar u malucha będzie pewnie objawem zakażenia wirusem Ebola. Dorwałem jedną książkę „dla ojców”: gdzieś na pierwszych stronach radziła spisanie testamentu. Grzecznie podziękowałem.

Wiem, instynkt macierzyński jest silniejszy i „zaskakuje” szybciej niż ojcowski, pewnie za jakiś miesiąc to ja będę kopał po necie, grzebał w książkach i zarywał noce by uśpić małego. Pożyjemy, zobaczymy…

Z rzeczy mniej śmiesznych – pojechaliśmy dzisiaj na rutynowe badania do szpitala i… przetrzymają Lisę przez noc. Podejrzenie zakrzepu krwi który utknął w płucu - miejmy nadzieję że fałszywe. Z drugiej strony, aż strach pomyśleć co by się stało gdyby taki zakrzep utknął w mózgu… lub sercu.

Schylony po mydło

Można powiedzieć, żę chyba w złym momencie schyliłem się po mydło, bo teraz czuje że ktoś się do mnie dobiera. Bez wazeliny. heh, w sumie to chyba źle brzmi… jeśli ktoś komuś “wchodzi bez wazeliny” to znaczy że mu schlebia… ja jednak się czuję raczej jak więzienna dziwka. Powody? Zmiany w robocie.

Jakby było mało moich cotygodniowych zmagań z pijaczkami, małoletnimi gangsta, wrednymi dziwkami w drogich samochodach i złodziejaszkami, mój szef postanowił sprzedać interes. Razem z nami.

Niby to nie taka nowina, zanosiło się na to już od dłuższego czasu, ale nie spodziewałem się aż takich zmian. Spotkaliśmy się z nowym szefostwem, powiedzieliśmy sobie cześć, buzi-dupci ha - ha i trzymajcie się ramy… tu jest nowy kontrakt, pracujecie jak teraz, tyle że startujecie od zera. Zero urlopów, zero należnego chorobowego… O właśnie… o urlop poprosiłem gdzieś w styczniu. Na piśmie. Marne 4 dni. Przez 2 tygodnie nie było odpowiedzi, szef (jeszcze stary) był nieuchwytny. Wreszcie tydzień przed wielką datą postanowiłem zadzwonić do niego… Jakiż był zdziwiony! “Urlop? Jaki urlop? Nieee, teraz to w żadnym wypadku, sprzedaję firmę, nic nie słyszałem o twoim podaniu. Pogadaj z nowym właścicielem jak się pojawi.” Tyle że teraz urlop mi się już nie należy. Na dodatek jestem “niezastąpiony” bo pracuję sam, i nie mogą zamknąć sklepu na wszawe 4 noce. To po kiego grzyba ja mam przyznawany ten urlop w ogóle?

Dzisiaj się dowiedziałem że na dodatek będę pracował mniej. Hurra!!!…errr… niezbyt… bo przez to mnie ciachną tygodniowo na ponad 60 $. Teraz gdy mały jest w drodze jest to dużo. Bardzo dużo. Normalnie płakać się chce.

Wczoraj przypadała 3-cia rocznica pogrzebu mojej mamy. Dzisiaj dostałem wiadomość z domu, że na dodatek moja babcia źle się czuje (zamartwiła się zdrowiem swojego młodszego brata, który miał problemy z sercem).

A życie ponoć jest piękne…

Ciążowo

Jak wiecie z moją lubą jestesmy przy nadziei. Szczęście to niezmierne, oczywiście kupa strachu… i kłopotów. Oczywiście zdecydowaną większość niewygód musi znosić moja Lisa - brzuszek rośnie, niewygodnie, gorąco,puchną kostki… Ale i mnie się dostaje. Pośrednio…

Jeśli przeżyliście ciążę, wiecie że wszystkie te kawały o zachciankach są znacznie bliżej prawdy niż chcielibyście przyznać  - pametam jak o 1-szej w nocy musiałem wsiadać w samochód i objeżdząć nocne sklepy by kupić mleko o smaku czekoladowym, konkretny rodzaj batonika i ściśle określony jogurt… Sprzedawca patrzył an mnie ze zrozumieniem… Albo jak to kiedyś na zakupach zachciało jej się kiełbaski z grilla (czasem stoją przed supermarketem i sprzedają takowe, pieniądze idą na cele charytatywne) - niestety akurat zamknęli nam niemal przed nosem. Plan B - ponoć w pobliżu są jakieś “wyjątkowe” hamburgery które całą sytuację uratują - niestety również (tym razem czasowo) zamknięte… Moja pani więc oznajmia uroczyście, że wytrzyma do jutrzejszego śniadania (a było dopiero około 15-tej), bo na nic innego nie ma ochoty. Nie, nic nie mogę poradzić. Nie, wszystko będzie w porządku, nie martw się Krzysiek. Nie, NAPRAWDĘ nie jest głodna. Absolutnie. Wytrzyma do rana. Godzinę później jednakże zmienia zdanie i znowu musimy lecieć z powrotem do owej knajpki… Ech…

Albo co to jest z tymi wszystkimi książkami ciążowymi? Czy naprawdę kobiety potrzebują do tego podręczników? W domu wala się z piętnaście książek w stylu “Co każda matka wiedzieć powinna” czy też “Jak nie przeczytasz tej książki zamiast dziecka urodzisz kalmara”. Osobiście polecam jedną - “Ciąża jest do dupy - poradnik dla facetów” (mówię serio-  “Pregnancy sucks for men”). Wziąłem ją kilka razy do pracy… Ale na wypadek jakby okazała się zbyt straszna, miałem zawsze pod ręką horror S. Kinga na wszelki wypadek. Nic gorszego jak czytać przerażające książki w środku nocy.

Pożyczyliśmy ostatnio niezłą komedię ciążową - “Knocked up” (po polsku to chyba byłoby “Wpadka”), o dziewczynie z ambicjami która zachodzi w ciążę zupełnym przypadkiem (znaczy wiatropylna to ona nie była) śpiąc z przypadkowym gościem poznanym w klubie. Ona - ładna, początek kariery w telewizji, plany na przyszłość; on - luzak wiecznie na trawie,  zakłada z kumplami stronę z informacjami w jakim filmie i w której minucie znana aktorka pokazała cycki.  Polecam gorąco. Film znaczy.

Streszczenie..

I znowu się obijałem, znowu nic nie pisałem… W sumie sam ni wiem czemu, może dlatego że Corinna jak zwykle popsuła mi humor. Moja szwagierka ma niezwykły dar wprowadzania cię w poczucie winy, że jak ty możesz czuć się dobrze skoro ona czuje się źle bo (tutaj wymień jeden z setki powodów)… W ten sposób wmanewrowała mnie w koszenie jej trawnika.. trawnika.. puszczy Białowieskiej chyba! No ale skoro słowo się rzekło…

Dwie godziny ganiania z kosiarką, które wspaniale mi wynagrodziła spędzając resztę dnia na moim kompie grając w WoW. Och, Oczywiście ugotowała nam kolacje… Ale zapomniała podać piły do krojenia kotleta.

Na marginesie ostatnio C. miała “przygodę” - poderwała jakiegoś faceta na portalu randkowym i… złapała opryszczkę genitaliów. niby rzecz wstydliwa, ale ona się tym chwaliła niby raną odniesioną w boju - patrzcie, ile mam lat, a ja jeszcze mogę zaszaleć z niznajomym! I nawet mieć z nim SEX!!!

No ale jednak zawsze to rodzina :/ Cóż zrobić…

Sobota niemal idealna

Ponoć nie ma rzeczy idealnych… ale dzisiejszy dzień był temu bliski :)

Na gwiazdkę Lisa wykupiła ma karnet na przelot awionetką nad naszą okolicą i to właśnie dzisiaj był TEN dzień - fakt że mogłem przelecieć się samolotem był świetny, ale prawdziwa niespodzianka czekała na mnie później. Ale po kolei:

Pobudka wcześnie rano (makabryczna godzina 6:45, często o tej porze spać idę…), wyjazd 20 km do Hastings. Pogoda piękna, słońce świeci ale lekki wietrzyk chroni przed upałem… i wreszcie jest, małe lotnisko aeroklubu pełne awionetek (nie jestem specjalistą, ale chyba widziałem polską “Wilgę”), przy jednej z nich czeka na mnie miła dziewczyna gdzieś w moim wieku.

Sam samolocik - maleństwo… wgramolić się do środka trudno i siedząc z łatwością można dotknąć praktycznie wszystkich ścian (może poza tylnym oknem, bo obrócić się ciężko :P). Jakoś się gramolę, zapinam pasy wzięte żywcem ze starego Wardburga i… startujemy. Chwila podskakiwania na pasie startowym i już jesteśmy w powietrzu. Nie powiem, miłe uczucie, podziwiam sosie Hawkes Bay z powietrza…a tu nagle mój pilot mówi ” Chcesz posterować?”

O mało nie spadłem… Chwytam za wolant najdelikatniej jak potrafię…BUMP! samolocik podskoczył do góry… chce skorygować i widzę jak nagle ziemia zasłania mi widok.. Ok.. delikatniej… Skręcamy… i znowu jakieś szalone uczucie że to jest lunapark… tylko czemu tak wysoko, gdzie te sznurki co nas trzymają? Serce podchodzi do gardła… “przecież ja zaraz nas zabiję, spadniemy z tych 300 metrów jak nic, jeden błąd i po mnie…” Ale po chwili się jakoś uspokajam i zaczyna się prawdziwa zabawa! Latam, gadam, pełen serwis, patrzę sobie z góry na mróweczki pode mną i czuję przez te kilka minut że świat należy do mnie!

Potem niestety lądowanie… Ale euforia pozostaje!

Wracamy do domu, wciąż pogoda piękna… po drodze mijamy mały zajazd wśród sadu. A w środku niespodzianka! 18 piw i jabłeczników do wyboru, wszystko własnej produkcji! I można sobie zafundować “kosztowanie” - w mały koszyczek wkładają 6 kufelków i napełniasz je wybranymi trunkami. Wreszcie mogę poznać cała gamę jabłeczników (mówię o piwie jabłkowym a nie o winie marki “Wino”) i naprawdę świetny porter “Black Duck”. Nie mogłem się powstrzymać, kupiłem 1.5 litra na zapas do domu porterka i jednego z lepszych jabcoków (”Granny Pash” - słaby ale przyjemnie kwaśny w smaku, trochę jak papierówki).

Ach, więcej takich dni… :D

Kila dodatkowych zdjęć jest na moim Flickerze… postaram się tym razem nei zgubić hasła :P

Starsze wpisy »