Ponoć nie ma rzeczy idealnych… ale dzisiejszy dzień był temu bliski
Na gwiazdkę Lisa wykupiła ma karnet na przelot awionetką nad naszą okolicą i to właśnie dzisiaj był TEN dzień - fakt że mogłem przelecieć się samolotem był świetny, ale prawdziwa niespodzianka czekała na mnie później. Ale po kolei:
Pobudka wcześnie rano (makabryczna godzina 6:45, często o tej porze spać idę…), wyjazd 20 km do Hastings. Pogoda piękna, słońce świeci ale lekki wietrzyk chroni przed upałem… i wreszcie jest, małe lotnisko aeroklubu pełne awionetek (nie jestem specjalistą, ale chyba widziałem polską “Wilgę”), przy jednej z nich czeka na mnie miła dziewczyna gdzieś w moim wieku.
Sam samolocik - maleństwo… wgramolić się do środka trudno i siedząc z łatwością można dotknąć praktycznie wszystkich ścian (może poza tylnym oknem, bo obrócić się ciężko :P). Jakoś się gramolę, zapinam pasy wzięte żywcem ze starego Wardburga i… startujemy. Chwila podskakiwania na pasie startowym i już jesteśmy w powietrzu. Nie powiem, miłe uczucie, podziwiam sosie Hawkes Bay z powietrza…a tu nagle mój pilot mówi ” Chcesz posterować?”
O mało nie spadłem… Chwytam za wolant najdelikatniej jak potrafię…BUMP! samolocik podskoczył do góry… chce skorygować i widzę jak nagle ziemia zasłania mi widok.. Ok.. delikatniej… Skręcamy… i znowu jakieś szalone uczucie że to jest lunapark… tylko czemu tak wysoko, gdzie te sznurki co nas trzymają? Serce podchodzi do gardła… “przecież ja zaraz nas zabiję, spadniemy z tych 300 metrów jak nic, jeden błąd i po mnie…” Ale po chwili się jakoś uspokajam i zaczyna się prawdziwa zabawa! Latam, gadam, pełen serwis, patrzę sobie z góry na mróweczki pode mną i czuję przez te kilka minut że świat należy do mnie!
Potem niestety lądowanie… Ale euforia pozostaje!
Wracamy do domu, wciąż pogoda piękna… po drodze mijamy mały zajazd wśród sadu. A w środku niespodzianka! 18 piw i jabłeczników do wyboru, wszystko własnej produkcji! I można sobie zafundować “kosztowanie” - w mały koszyczek wkładają 6 kufelków i napełniasz je wybranymi trunkami. Wreszcie mogę poznać cała gamę jabłeczników (mówię o piwie jabłkowym a nie o winie marki “Wino”) i naprawdę świetny porter “Black Duck”. Nie mogłem się powstrzymać, kupiłem 1.5 litra na zapas do domu porterka i jednego z lepszych jabcoków (”Granny Pash” - słaby ale przyjemnie kwaśny w smaku, trochę jak papierówki).
Ach, więcej takich dni…
Kila dodatkowych zdjęć jest na moim Flickerze… postaram się tym razem nei zgubić hasła 